bałagan w głowie mam
RSS
poniedziałek, 19 kwietnia 2010

muszę się zważyć. ratunku.

sobota, 09 stycznia 2010
pustka

Od pewnego czasu wszystko jest za trudne. Oprócz tych paru chwil w tygodniu, kiedy robi się jasno,  nie mogę oddychać, duszę się sobą, światem, wszystkim.  Jestem zła, brzydka, brudna, brzydzę się być sobą, przebywać w tym samym pomieszczeniu, co ja i zastanawiam się, jakby to cudownie było zniknąć (znowu). Niepokojące.

Czasem się cieszę i śmieję, nawet uważam się za piękną kobietę, ale jest to tak rzadkie, że zapominam o tym po chwili.

I nie, nie mogę się „ogarnąć”, nie potrafię, jedyne, do czego jestem zdolna to zamknięcie się w sobie, w pokoju, w czymkolwiek i płakanie przez cały wieczór, noc, a potem poranne maskowanie śladów zbrodni- makijaż, makijaż, makijaż. I udaję, ze jest okej. Ale nie jest i nie będę siebie oszukiwać.

Życie mnie przeraża, przerasta moje możliwości. I teraz jest mi tak źle, że już nie wiem, co mam robić. Moja bezradność mnie zabija, tak mi strasznie źle, z jednej strony myślę, ze to moja wina, ale chcę, żebyś mnie słuchał, nie mogę Ciebie okłamywać, wystarczy, że okłamuję cały świat. Ciekawe, czy to przeczytasz, właściwie chcę wcisnąć „delete”, ale chyba odważę się na „enter”, bo nie wierzę, że tu zajrzysz znowu.

Nawet nie wiem, co powiedzieć.

środa, 23 grudnia 2009
święta, święta...

Moje święta zaczęły się w piątek wieczorem, a skończyły wczoraj, dokładnie o 13:19. I były lepsze, niż którekolwiek do tej pory. Teraz nawet nie widzę sensu w ubieraniu choinki i gotowaniu wszystkiego, bo to tak, jakby właśnie łamać się opłatkiem 27 grudnia. I nawet śnieg topnieje…

Ostatnio nawet coś naskrobałam, jakieś potworne wierszydło, które zostało zakopane w stercie papierzysk w moim drugim mieszkaniu, około stu kilometrów stąd. Nawet pisać mi się nie chce. Ratunku.

środa, 28 października 2009
mój czas.

czas jest bardzo subiektywny. nie mierzą go zegary, ale ludzie- w dodatku każdy dla siebie, na swój sposób i użytek.

mój liczy się podobnie. podzieliłam swoje życie (nieświadomie) na 3 okresy- sprzed choroby, choroby i ten niby po chorobie (czy na pewno?). chodzi mi o tę konkretną, która najbardziej mnie zmieniła. nie o tę wcześniejszo- późniejszą, bardziej kojarzącą się z lodówką i przyjacielem kiblem, ale o tę ściśle związaną z głodem, w której cyferki są coraz mniejsze, a życie coraz smutniejsze i bardziej pozbawione sensu. chyba ona zmieniła mnie najbardziej, niestety, nie na lepsze. do tej pory towarzyszy mi irracjonalny lęk, często się łamię, poddaję, płaczę z prawie każdego powodu, bo wszystko mnie przeraża. jestem naprawdę krucha, nie ma we mnie tej dawnej siły, pewności i chęci podejmowania ryzyka.

czasami się zastanawiam, jaka bym była, gdybym nie chorowała. szczęśliwsza? silniejsza? a może to tylko złudzenia, może coś innego by mnie zmieniło, tak po prostu miało być i nad czym ja tu się zastanawiam. zastanawiam się, bo nic innego nie jestem w stanie zrobić. nie cofnę czasu, mogę tylko dalej jakoś żyć, otoczona wspomnieniami i licząca czas od momentu swojego zmartwychwstania.

a jednak coś w tym jest.

czwartek, 10 września 2009
lęk

boję się, że to się kiedyś skończy.

nie pozwól!

poniedziałek, 07 września 2009
Powroty

Zastanawiam się ostatnio, jak by to zrobić, jak oszukać i ukryć. Jak schudnąć, żeby nikt nie zauważył. Najlepiej z 7-8 kg, ale mogą być i 2, wszystko jedno, zeby tylko poczuć się lżej, znowu mieć tę cudowną pustkę w żołądku, tak, żeby aż skręcało z głodu. I żeby nie myśleć o niczym innym.
A po tych dwóch, kolejne dwa i następne, i jeszcze pół... Jak na karuzeli- im szybciej się kręci, tym szybciej chcę jechać. Albo paczka pistacji, z ktorej nie da się zjeść jednej, tylko wszystkie, aż do końca. Takie uczucie, które wciąga tym mocnej, im bliżej jest się celu, kresu, krawędzi, za którą nic już nie ma. Nawet dna. 
Nie zrobię tego. Zbyt wiele mam do stracenia.



środa, 12 sierpnia 2009
dom

Nareszcie mogę spędzić trochę domu, wróciłam tu po ponad miesiącu nieobecności i nie wiem, co dalej ze sobą zrobić. A chciałabym wyjechać jeszcze do kogoś na trochę. Muszę poczekać z tym, teraz czekam na przyszły piątek. 
I nauka przede mną! Wrześniowy egzamin i poprawka wcale mnie nie przerazają, ani nie martwią. Podejdę do nich i może zdam. Tyle.
Uświadomiłam sobie, ze mogę powiedzieć, że jestem tak bliska szczęścia, jak nigdy. Właściwie jestem szczęśliwa, tylko teraz tęsknię. Moje życie nie należało do zbyt udanych, teraz się to zmienia. Nie chcę, zeby to się kończyło.
I pomyśleć, że tak niewiele było mi potrzeba...


poniedziałek, 22 czerwca 2009
;)

po wygranej z historią filozofii średniowiecznej mogę się uważać za studentkę drugiego roku na moim ukochanym kierunku.

jeszcze jutro jakiś głupi egzamin na tym drugim, ale chyba muszę się nastawić na wrzesień. a we środę praca, morze, piach i, może, słońce. ale mogło być gorzej. mogłam jechać na dłużej, ale uda się wrócić po miesiącu.

nooo, optymizmu trochę więcej, skoro słońca brakuje!

poniedziałek, 08 czerwca 2009
początek sesji

pierwszy egzamin za mną. oświecenie. nie zdałam.

nienawidzę tego! i, szczerze powiedziawszy, nie chcę się tego uczyć... ale muszę.

bez paniki, to jeszcze nie jest mój koniec, ani w sesji, ani na polonistyce.

piątek, 05 czerwca 2009
a jednak.

Wstaję o 4 nad ranem, żeby się uczyć, jednak zamiast tego siedzę przed komputerem i zajmuję się zupełnie innymi rzeczami. Nawet słońce nie chce wstać. Prawie biegnę, żeby zdążyć na autobus i, jak zwykle, jeszcze czekam, bo okazuje się, że jestem za wcześnie. Siadam na samym końcu, bo nie chcę rzucać się w oczy. To po co, pytam siebie, po co zakładam czerwony sweter i maluję usta dokładnie na ten sam kolor? Wpatruję się w szybę, przez którą i tak nic nie widać, zamiast czytać czy powtarzać coś. Park akademicki pachnie wiosną. A to prawie lato, prawie sesja. 
Stresuję się jakimś głupim zaliczeniem, jedno pytanie- jedna odpowiedź. Kolejna 5 w indeksie. 
Znowu wyścig z czasem i znowu zwycięstwo. Siedzę w pociągu do Radomia pół godziny przed jego odjazdem, zapisuję słowa na kartce, męczę klasycyzm postanisławowski. Teraz mogę się tym denerwować. Do przedziału wchodzą ludzie. Chcę już dojechać na miejsce.
Zielona, gorąca herbata i zimny pokój. Niechciejność. Muzyka. A za oknem wiatr tańczy z gałęziami drzew.
Już sama nie wiem, czego chcę.


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6